• Mika Olchowik

#2 Rico Nasty | Nightmare Vacation

Tacobella, Trap Lavigne, Rico Nasty – jedna osoba, kilka artystycznych wcieleń. Barwną osobowość słychać w muzyce tej 23-letniej raperki z Maryland, której debiutancki, pełnowymiarowy krążek Nightmare Vacation zdaje się być pewnym podsumowaniem jej eksperymentów z poprzedzających go eklektycznych mini-albumów i stanowi najmocniejszy dotychczas punkt w jej karierze.



Flow Rico było mi już skądinąd znane, dlatego przy pierwszym odsłuchu płyty skupiłam się raczej na eksplorowaniu samych kompozycji i produkcji muzycznej, patrząc w którym kierunku podąży Nasty. Jak się okazało, trafnie rozpoznałam charakterystyczny styl twórców, którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu. Zdecydowanie czuć wpływ i muzyczną semantykę Kenny’ego Beatsa, z którym raperka współpracowała już wcześniej przy Anger Management z 2019 r. Swoją cegiełkę dołożyli też 100 gecs, a szczególnie połowa tego duetu: Dylan Brady, który wziął na samodzielny warsztat kilka bitów z krążka. Ich brzmienie ciekawie koresponduje z chropowatym, rdzawym wokalem Rico i jej maniakalnym, punkowym flow. Hyperpopowy sznyt ich kompozycji łączy w sobie wszystkie muzyczne inspiracje raperki: cloud rap, pop, trap i punk. Rico jest bezpardonowa, pełna energii i gotowa skopać tyłki wszystkim, którzy wejdą jej w drogę. Słychać to też w warstwie lirycznej – jest dumna, próżna i bezkompromisowa, co niestety czasem zamiast emanować inspirującą pewnością siebie, może ściągnąć kawałek w dół.


Napisane na tej egocentrycznej nucie Don’t like me wypada blado – Don Toliver i Gucci Mane też kuleją, wrzucając tu i ówdzie sztampowe i generyczne kwestie takie jak:


White diamonds, I’m so cocky (Huh?) These young cubs call me papi (Papi) ‘Cause my wrist is so rocky (Uh, Guwop)


Taka braggadocious gadka jest dość typowa dla współczesnych trapowych kawałków a zarazem koresponduje ze stylem punkowej księżniczki Rico, która lubi chwalić się tym, że sukces zawdzięcza własnej kreacyjności i pewności siebie. I brawo dla niej – potrzebujemy reprezentacji silnych kobiet na rap scenie, a ona wypełnia swoją rolę znakomicie. Nie czepiam się więc samej idei, bardziej są to uwagi do songwritingu i tekstów, na które, no cóż, zwracam uwagę prawie tak samo mocno, jak na muzykę.


IPHONE to według mnie najmocniejszy singiel i najlepszy punkt płyty. Wydaje mi się, że Rico dała Dylanowi z 100 gecs naprawdę dużo swobody i pozwoliła mu na niemal pełną kontrolę nad brzmieniem tracka. Jak to u Gecsów, wokal jest przefiltrowany, zniekształcony, a bit jest absurdalny, łączący w sobie minimalizm z dubstepowym kopniakiem, trapową perkusją oraz pop-punkową barwą.


Paradoksalnie, jeden z moich ulubionych numerów – Back & Forth z Aminé na feacie – jest jednym z załamań energii na krążku. Raper zdominował Rico i ciężko oprzeć się wrażeniu, że to tak naprawdę jego kawałek. Ona bardziej mu towarzyszy, dopełnia – jednak fajnie jest ją usłyszeć w wersji mniej in-your-face. Zresztą później i tak to sobie odbija, chociażby w kolejnym singlu – OHFR – będącym audiowizualną egzemplifikacją jest stylu i całokształtu scenicznej persony.


Let it out bardziej wpasowuje się w industrialne, noisowe gusta słuchaczy. Utwór to hymn ku autoekspresji – Rico nawołuje do wzięcia z niej przykładu i bezceremonialnego bycia sobą.


Don't be shy (Bitch, woo)

Let it out (Let it out)

If you wanna rage (If you wanna rage)

Let it out (Baby girl, just let it out, ayy, ayy)


Loser, popowo-trapowy blend, nawiązujący w tekście do filmu Mean Girls, jest drugim po Don’t like me słabszym momentem, niestety tutaj głównie przez Trippie Redd’a – jego stłumiony, przydymiony wokal baaardzo odstaje od Rico i serwuje nam dość niezjadliwe melodie. Dramat rozgrywa się na tej samej, trapowej perkusji, która staje się w pewnym momencie dość monotonnym tłem do kilku kompozycji na krążku i jak widmo przewija się przez cały, około 40-minutowy album.


Na pierwszy rzut ucha Nightmare Vacation jawi się tak, jakby był kubistycznym obrazkiem rodem z pracowni Picassa, łączącym w sobie kontrastujące stylistyki i gatunki. Nie do końca tak jest – jeśli skupimy się na odsłuchu to wychwycimy, że wybija się tylko kilka kawałków, a reszta tkwi w bezpiecznej przestrzeni trapowego komfortu. Niektóre numery brzmią jakby łączyła je siostrzana relacja (Girls Scouts, 10Fo) i łatwo się o nich zapomina, w zestawieniu z takimi bangerami jak IPHONE. Let it out odstaje od reszty swoim agresywnym, noisowym klimatem i zgarnia całe światło z kawałków, które zostały napisane w nieco bardziej zachowawczym (jak na Rico) stylu. Z tego względu płyta jest po prostu energetycznie nierówna, co jest dość częstą pułapką przy debiutanckim longplayu.


Podsumowując – projekt jest ciekawy, świeży, złożony. Podoba mi się, że Rico, mimo ekspresyjnego i indywidualnego stylu wykonawczego oraz charakterystycznej, zadziornej barwy, wciąż chętnie eksperymentuje i eksploruje różne brzmienia czy style, nie zamykając za sobą drzwi. Jest zdecydowanie wszechstronną i uzdolnioną artystką, która wprowadza powiew świeżości i oryginalności – nie ograniczając tego tylko do tej kobiecej części sceny. Jednak w tych poszukiwaniach często łatwo jest zgubić konsekwencję i skupienie, stąd kilka energetycznych dolin i słabszych momentów na krążku. Nie mniej jednak to z pewnością najlepsza dotychczasowa propozycja od Rico i pozostaje tylko czekać na jej kolejne longplaye.


6/10

Ulubione kawałki: IPHONE, Back & Forth (feat. Aminé), Let it out


  • Czarny Facebook Ikona
  • Czarny Instagram Ikona

KONTAKT| WSPÓŁPRACA

music.errordeluxe@gmail.com