• Mika Olchowik

NA DWA FRONTY. KANYE WEST


Kanye West przedstawiany jest zwykle jako jedna z najbardziej polaryzujących postaci show biznesu - l’enfant terrible popkultury, którego można kochać albo nienawidzić. Mimo swojej megalomanii i bezkompromisowych (ob)scenicznych zachowań, udało mu się wypracować spektakularną markę i nawet najbardziej zdystansowani odbiorcy darzą pewną dozą szacunku jego eklektyczny dorobek muzyczny. Człowiek-instytucja: producent, raper, projektant mody. Poza tym - mąż i ojciec, które to role budzą szczególne zainteresowanie mediów z powodu jego wżenienia się w owiany kiepską sławą ród Kardashianów. Żyje na świeczniku od ponad kilkunastu lat i dla wielu wydaje się sfiksowanym kosmitą, którego stopy w ekstrawaganckich butach już dawno oderwały się od powierzchni Ziemi. Paradoksalnie jednak West jest nam bliższy niż myślimy - odważnie porównując się do Mesjasza, faktycznie wrzucił na swoje barki wszystkie nasze lęki i ukryte pragnienia, sukcesywnie urzeczywistniając jej w swojej autorskiej, utopijnej wizji świata. Kanye od zawsze działał na dwa fronty - był niepokornym artystą, skupionym na kreacji i tworzeniu nowych jakości w muzyce. Z drugiej strony - namiętnie zakochał się w idei rewolucji społecznej, czując na sobie zarówno obowiązek, jak i powołanie do bycia jej głosem i symbolem.


Zanim rozpoczniemy właściwą opowieść, warto abym zaznaczyła w niej swoje “stanowisko”. Ominiemy tym sposobem wszelkie teorie spiskowe o mojej bezmiernej fascynacji czy podprogowej próbie wytłumaczenia czyichś kontrowersyjnych zachowań. Swoją drogą, gdyby tak faktycznie było, nie wiem jaki byłby sens tworzenia tego tekstu. Aspiruję bardziej do pobudzenia pewnego dyskursu, który aby mógł się ziścić, musi zostać wyprowadzony z perspektywy obserwatora, a nie sędziego.


Jestem fanką twórczości Kanyego Westa. Jego muzyka towarzyszy mi od początku milenium do dziś, apokalipsy zwanej pieszczotliwie 2020 rokiem. Jako odbiorca cenię Westa za chwytliwy materiał, prowokacyjne teksty i innowacyjność oraz wszechstronność kreacji. Inspiruje mnie też sam proces jego tworzenia - imponuje mi jego wyczucie do trendów i znakomity słuch. Stwierdzam, że jest jednym z najbardziej utalentowanych artystów jakich przyszło mi kiedykolwiek posłuchać i z optymizmem rysuję przyszłość, w której wyda wszystkie zapowiedziane albumy-widma, które zginęły gdzieś w mgle jego pozostałych aktywności. Co do jego życia prywatnego - wiecie, ja naprawdę uparcie wierzę w ludzkie uczucia. Daję ciche przyzwolenie ludziom na bycie po prostu sobą - mogę nie zgadzać się podświadomie z czyimś wyborem, na koniec dnia wiedząc jednak, że jedyną osobą, na którą mogę mieć jako taki wpływ jestem ja sama. Obserwując jego karierę od samego początku komercyjnego sukcesu, byłam postronnym świadkiem większości jego wzlotów i upadków. Wszystkie były zagrane na wysokim C - Kanye albo spektakularnie wznosił się na wyżyny, albo z gigantycznym hukiem spadał z piedestału. Wszystkie te wydarzenia, w moim mniemaniu, uczyły go coraz bardziej człowieczeństwa, z całym dobrodziejstwem tego inwentarza w postaci poczucia słabości, braku całkowitej wolności czy narzuconymi nam regułami gry.


Mam 25 lat i choć jest to stosunkowo niewiele, to już odczuwam na sobie pewne bolączki systemu i nabieram dość izolacyjnej postawy (co brzmi mało oryginalnie w tym roku) wobec czegokolwiek z nim związanego. Oczywiście, staram się nie trwać w tej apatii i bronię swoich poglądów na ile mam tylko siły i przestrzeni. Często jednak ta walka z wiatrakami odbija mi się gorzką czkawką mojego doomeryzmu. Od pewnego czasu mam nieustające wrażenie, że Kanye West padł ofiarą podobnej presji, tylko posunął się o krok dalej ode mnie. Nie odnalazł się w zastanym przez niego świecie, dlatego stopniowo kreuje swój własny, oparty na równie autonomicznych zasadach. Teoretycznie wszyscy robimy to samo, musimy jednak mierzyć siły na zamiary - moim narzędziem jest moja głowa. Dzięki sile wyobraźni może budować mi mój mały, utopijny świat, który w racjonalny sposób i w odpowiednich dozach przenoszę, fantazjując, na swoje realne podwórko. Kanye West ma gigantyczny kapitał, ogromną sławę i talent oraz miliardowe audytorium, które chociaż stoi po dwóch stronach barykady, to wspólnie podbija siłę jego przekazu i daje tym ideom rozgłos. Na koniec dnia, West podobnie jak ja kładzie się do łóżka i rozlicza z błędów, bo też jest tylko człowiekiem. A w całym tym gabinecie osobliwości jego barwnej osobowości zapomnieliśmy o tym, usilnie albo romantyzując go jako niepokornego geniusza, albo tmając klauna z wybujałymi aspiracjami.


Stan, w jakim obserwujemy go teraz: rzucającego martwe spojrzenia podczas udzielanych wywiadów-rzek, w których jak mantry cytuje Biblię, jest według mnie pewną reakcją obronną. “Jak trwoga to do Boga”? Zacznijmy od początku.


I


Kanye od małolata próbował wybić się jako producent muzyczny. Jego matka, Donda West, żwawo przyklaskiwała kreacyjnym postawom dziecka, toteż od małego West miał wpajaną wiarę w siebie i swoje możliwości. W końcu “kliknęło” - młody talent trafił pod skrzydła Jaya-Z. Otoczył Kanyego braterskim wsparciem, które umożliwiło mu wypłynięcie na hip hopowe salony. Ambicje sięgały dalej i zdolny producent chciał zaprezentować się światu również jako MC.


W 2002 roku West uległ wypadkowi samochodowemu, z którego ledwo uszedł z życiem. Prawie stracił szczękę, którą ledwo udało się uratować - chirurdzy zapakowali go w druciany kaganiec (dość symboliczne, nie uważacie?), który miał utrzymać w ryzach odbudowujące się kości. Nie powstrzymało to Kanyego przed dalszym tworzeniem i niewiele później zadebiutował jako raper utworem Through the Wire. College Dropout, album, z którego pochodzi ten kawałek, przyniósł mu statuetkę Grammy i rozgłos, o jakim marzył. W wywiadach mówił wtedy, że chce wykorzystać swoje przysłowiowe “pięć minut” na wspieranie tych, którzy nie mieli tyle szczęścia w życiu. Ten altruizm, choć w dużo bardziej ekscentrycznej i wywrotowej formie, pozostał mu do dziś.


W 2018 Kanye West rozpoczął, tuż obok swojej własnej posiadłości, budowę futurystycznych domów przeznaczonych dla bezdomnych w Calabasas.


Kolejne albumy (Late Registration, Graduation) ugruntowały pozycję Westa jako mistrza hip hopowo-soulowych beatów z gospelowymi wstawkami w tle. To z nich pochodzą numery takie jak introspektywne Roses czy Stronger i Flashing Lights, które stały się ogólnoświatowymi hitami. Dobrą passę przerwała śmierć matki Westa. Osoba, która otaczała go bańką bezpieczeństwa i trzymała w ryzach strefy komfortu zniknęła, a jego rzeczywistość zadrżała w posadach. Niedługo później rozstał się z ówczesną narzeczoną Alexis Phifer. Złamane serce i żałoba stanowiły programowe podwaliny 808’s & Heartbreak - albumu, który zapoczątkował erę gigantycznej popularności autotune’a w rapie, kultywowaną dziś przez Travisa Scotta czy BROCKHAMPTON. Krążek ocieka smutkiem i melancholią, które zapakowane są w doprawione instrumentami klasycznymi retro bity. Kanye pokazywał się wtedy w eleganckich garniturach i zawsze w ciemnych okularach. Każde jego publiczne wystąpienie było metaforycznym pogrzebem swojej matki, ku której czci śpiewał Coldest Winter. Innym razem, przechodził publiczną terapię po rozstaniu, rozpaczliwie krzycząc w eter wersy z Heartless.


(Jedną z moich ulubionych animacji jest Rodzinka Robinsonów. Czarny charakter radzi tam w jednej scenie innej postaci, aby ta “pielęgnowała w sobie swój ból”, bo kiedyś może przekuć go w niebywałą, destrukcyjną siłę. No, i to właśnie zrobił Kanye - te słowa to dokładne odzwierciedlenie okresu przejściowego między 808’s & Heartbreak a następującym po nim opus magnum Westa.)


II


My Beautiful Dark Twisted Fantasy to kamień milowy współczesnego hip hopu. Płyta zdobyła nieprawdopodobny wprost rozgłos i dla wielu stanowi esencję muzycznego stylu Kanyego Westa. Album bezpardonowo obnaża wszystkie grzechy showbiznesu, hołubiąc się jego bogactwem, luksusem i mniej lub bardziej wysublimowanym życiem seksualnym. Kanye zmienił garnitur na skórzane spodnie a okulary na butelkę Hennessy. Stał się symbolem zepsucia Hollywood, które traktował jak bandę pełną beczących na tą samą modłę owieczek. Mało kto mu wówczas imponował. W 2009 roku, kiedy wyrwał Taylor Swift statuetkę z dłoni i publicznie wyznał, że nagroda powinna trafić w ręce Beyonce, dał popis swojego sztandarowego egocentryzmu, umiłowania do ferowania wyroków i bezwzględności. Na poprzedniej płycie, w Pinocchio Story rapował o tym, że chce być normalnym chłopcem i poczuć się człowiekiem. Tutaj był jego najczystszą formą, podążającą za instynktami i atawistycznym popędem. Brutalnie zgasił światło nad młodą Swift, trzeba jednak przyznać, że jeśli to obcesowe wtargnięcie na scenę było zaplanowanym aktem marketingowym, to jest to majstersztyk - zarówno on, jak i Swift nie schodzili z okładek magazynów, a każde kolejne publiczne pojawienie się Westa wywoływało nerwowy chichot u organizatorów.


Jeśli w MBDTF ugruntowała się konstytucja nowego świata, to Yeezus jest jego manifestem. Kanye wprowadził industrialne brzmienia na mapy mainstreamu i zapowiedział wprowadzenie nowego porządku jako… Bóg. Rozliczył się z gorzką przeszłością (New Slaves) i starymi romantycznymi relacjami (Blood on the leaves). Brzmienie Yeezusa jest mocne, krzykliwe i bezkompromisowe. Tekstowo osadzone jest w podobnej do poprzedniej płyty narracji, tutaj brzmi to jednak mniej ironicznie, brak tu przekąsu MBDTF. Kanye na scenie występował w wyszytej diamentami kominiarce, a towarzyszyły mu tancerki wijące się wokół niego jak fanatyczne członkinie nowego Kościoła. I am a God, jak rapuje w jednym kawałku, było manifestem jego władzy nad pretensjonalnym światek Hollywood, którym wcześniej się zachłysnął, a który teraz jest w jego rękach. To On nim steruje.


Boski porządek zachwiał się w The Life of Pablo - okazało się, że pod warstwą świecidełek i mocnej scenicznej persony, król jest nagi. Eklektyczny album prezentował materiał muzyczny balansujący między boską ekstazą a kubistyczną układanką rozklekotanych emocji. Album był kilkukrotnie poprawiany przez Westa, spragnieni fani raczyli się wyciekami a sam Kanye podkreślał, że jego chaotyczna praca to część procesu i estetyki tworzonego dzieła. To z The Life of Pablo pochodzą kawałki takie jak Wolves czy Famous - chyba najszerzej komentowany utwór Kanyego, a wszystko przez kolejną szpilkę wbitą w Taylor Swift. Kanye zgrabnie podsycił ogień tego ledwo dychającego konfliktu i stabloidyzowana historia zatoczyła koło. Ultralight Beam rozpoczynające ten krążek dla wielu jest symbolicznym początkiem dyskursu nad jego chorobą afektywną dwubiegunową, interpretując ten utwór jako muzyczną wersją epizodu manii. Zarówno wspomniany okres tworzenia, jak i promocji płyty, nie był dla Kanyego zbyt łaskawy. W trakcie jednego z koncertów promującego album, Kanye otrzymał wiadomość o brutalnej napaści i kradzieży jego żony w Paryżu. Przerwał koncert i zniknął w kuluarach, po to aby nigdy nie wrócić już w tej samej postaci.


Ye to spowiedź. Cicha i krótka, choć treściwa. Album powstał w studiu w Calabasas, nowej ostoi spokoju Kanyego Westa. Nie ma tam wokół niego nic oprócz hektarów pola, po którym czasem, jak przyznał, spacerują sarny. Sama w sobie tranzycja z bogatego Calabasas do skromnej posiadłości w Wyoming wzbudziła duże zdziwienie. Dodatkowo, Ye okazało się być najbardziej introspektywnym albumem Westa, który jako idée-fixe postawił swoje zmagania z chorobą afektywną dwubiegunową. Umarł król, niech żyje król - Kanye nie traktuje choroby jako destrukcyjnego demona, jednak jako kreatywną supermoc. Toczące ze sobą bój dwa fronty jego psychiki dawały się jednak we znaki, nie dało się też nie zauważyć gigantycznej zmiany w sposobie bycia artysty. W tym czasie powstał nie tylko mini-albym Westa, ale symultanicznie Kanye produkował albumy dla innych twórców ze swojej wytwórni - jednym z owoców tego procesu jest jego projekt w duecie z Kid Cudim Kids See Ghosts, również bardzo intymny, poruszający tematy poniekąd tożsame do Ye.


W wywiadach Kanye przyznał, że przespał większość nagrań w tamtym czasie. Wstawał, dzielił się pomysłami, po to by znów odpłynąć.


Król był nagi, teraz stoi już bez korony pośród wszystkich z nas. Nowy porządek z Yeezusa rozsypał się jak diamenty z jego maski, a Kanye wylądował w szpitalu psychiatrycznym. W szpitalnej sali dużo pisał, a kluczowym zdaniem z jego ówczesnych zapisków było zbuduj kościół w Calabasas.


I tak zrobił.


III


West pokornie oddał insygnia władzy i nawrócił się na wiarę chrześcijańską, przyjmując rolę sługi Boga. Co niedzielę organizował koncerty gospel, wykonując kościelne hymny oraz aranżacje swoich utworów na chór. Reakcje ludzi były jednak mocno ambiwalentne. Jedni szybko wpisali ten bogobojny epizod w ramy kolejnego kryzysu psychicznego artysty, drudzy skwitowali go jako egzaltowanego pajaca, który kolejny już raz tworzy nad swoją personą sztuczny szum. Postawa jednych jak i drugich, według mnie, jest dość klaustrofobiczna i krzywdząca.


Kanye dał ludziom przyzwolenie na szerokie komentowanie jego życiowych wyborów - wcześniej karmił się ludzką atencją, pragnął jej, bo traktował ją narzędzie swojej pracy. Nic więc dziwnego, że ludzie przyzwyczajeni do tej postawy w pewnym momencie nadali samym sobie prawo do ferowania każdego, nawet najbardziej brutalnego wyroku. Wiara jawi się w moich oczach jako coś ekstremalnie intymnego, a zarazem w jej tradycję wpisana jest pewna widowiskowość czy społeczny performance. Chodzenie do kościoła, wspólne odmawianie modlitw, śpiewanie pieśni a w niektórych świątyniach nawet dziękczynny taniec - wszystko to ma ukazać naszą niskość przed majestatem Siły Wyższej, która dla każdego może znaczyć co innego. I jakkolwiek rażące i skrajnie bezczelne wydaje mi się dyskryminowanie kogoś przez pryzmat jego wiary, tak wiem, że Kanye do końca życia będzie pokutował za grzechy młodości.



Po drugie - osoby chore psychicznie nie chcą, aby każdy ich krok pozostawiał po sobie ostrzegawczy trop. Potrzebują dialogu - to również mówię z własnej perspektywy. Stygmat odrealnionych ludzi na prochach boli znacznie bardziej, niż przesiewające się wówczas z toksycznych ludzi otoczenie. Marzę o świecie, w którym opowiadanie swojej chorobie nie będzie wiązało się z lękiem i strachem przed odrzuceniem. W internecie można obejrzeć krótki film o tym, jak należy rozmawiać o chorobie afektywnej dwubiegunowej Kanyego Westa: jego ekspansywnym nastroju, wytwórczych objawach i polaryzujących przekonaniach. Wypowiadali się na ten temat psychiatrzy, ale i osoby które same się z tym zmagają. To materiał bez zbędnej gloryfikacji cierpiącego geniusza czy romantyzacji jego pozycji prowodyra globalnej dyskusji na temat zdrowia psychicznego. Ten temat jest stary i na szeroką skalę eksploatowany, powinno nam być wszystkim wstyd, że wciąż nie umiemy o tym normalnie porozmawiać. Pod filmem pojawiło się wiele komentarzy w stylu Jak mówić o jego chorobie? Nie mówić o niej wcale, inni dalej skandowali To nie choroba tylko jego paskudny charakter, a cała sekcja aż puchła od hasztagów #prayforYe. Wiecie, czasem aż strach się odezwać, bo zupełnie niechcący śniegowa kulka może zamienić się w śmiertelne niebezpieczeństwo i zainicjować prawdziwy pokaz sił samozwańczych internetowych speców. Nie możemy używać jego choroby jako czynnika łagodzącego w jego wywrotowych zachowaniach, musimy traktować ją jednak jako wycinek jego życia, który znacząco wpływa na jego postrzeganie świata i obecność w mediach.


Pech chciał, że coś tam z tego starego schematu zostało i Twitter regularnie pęka w szwach od jego postów. Ostatnio opublikował całą swoją umowę z wytwórnią, rozpoczynając tym samym autorską rewolucję w branży muzycznej. Chce pomóc artystom uzyskać pełne prawa do ich muzyki. I znowu - bierze na siebie coś (w charakterystyczny dla siebie, garbaty i skomplikowany sposób), co wielce prawdopodobnie będzie skazane na porażkę kapitalistycznego świata, jednak wciąż uparcie wierzy, że mu się uda.


IV


Polityka od zawsze była kochanką Westa. George Bush doesn’t care about black people wypowiedziane przez Westa na żywo w publicznej telewizji (tuż po drastycznym przejściu huraganu Katrina przez Nowy Orlean) było dla wielu ludzi aktem odwagi i wykorzystania swojej rosnącej popularności do walki o równe traktowanie dla Afroamerykanów. W międzyczasie jego relacja ze sceną polityczną stawała się bardziej toksyczna, a eskalacja tego nastąpiła, kiedy Kanye zaangażował się w kampanię Donalda Trumpa. Wywołało to szok wśród demokratycznej społeczności Kaliforni, którą zamieszkuje. Chodziły plotki, że ta kooperacja miała być jedynie pretekstem do pomocy czarnoskórym Amerykanom, odsiadującym niesprawiedliwe wyroki. Mówił o tym artysta z wytwórni Kanyego GLC, któremu Kanye miał zwierzać się z postępów akcji i któremu na koniec kampanii podarował całe pudło czapek MAGA, bo nie chciał ich widzieć na oczy. Jak było naprawdę?


Bóg jest jeden, ale prezydentów było wielu. Kanye upatrzył w tej posadzie bardziej realną perspektywę na zmianę zepsutego świata, z którym pomimo długiej, kreacyjnej walki musiał zmierzyć się ponownie. Wylądował znowu na twardej ziemi i zdecydował, że sam stanie do walki o ten fotel. Sama droga była dość chaotyczna, zarejestrował się jedynie w kilkunastu stanach i zorganizował wiec wyborczy, który do tej pory odbija się wszystkim czkawką.


Oto odbył się spektakl na jednego aktora i grono hien. Główna postać wychodzi na scenę w kamizelce ochroniarza i wypluwa swoje postulaty bez ładu i składu. Reforma agrarna? Ekologia? Problem zaczął się, kiedy Kanye zaczął mówić o swoich antyaborcyjnych przekonaniach, zaznaczając jednak, że nie chce uczynić tego zabiegu nielegalnym. Zanim jednak zdołał konkretnie przedstawić swoje stanowisko, opowiedział zgromadzeniu o dylemacie, jaki przeżywał z żoną przed narodzinami pierwszego dziecka. Nie dokonali aborcji, ale samo to wspomnienie wywołało w nim taką burzę emocji, że wybuchł histerycznym płaczem na środku sceny. Zawodząc, próbował artykułować kolejne zdania, jednak to był już koniec tego wystąpienia. Wielu ludzi wyszło, kompletnie zażenowanych, druga połowa zaczęła skandować jego imię.


Obejrzałam to wystąpienie. Rozumiem ludzi, którzy wyszli - ubieganie się o fotel prezydenta to wielka odpowiedzialność. Oczekujemy od kandydatów merytorycznego planu, jasnego przekazu i konkretnych rozwiązań na problemy społeczne i gospodarcze. Umówmy się jednak, po ambiwalentnych reakcjach na nową katolicką odsłonę Westa niektórzy ludzie i tak nie traktowali go już poważnie. Dlaczego więc przyszli?

Zarówno polityka jak i show biznes to gra. Trzeba umiejętnie rzucać kostką i stawać na te pola, które w danym momencie są po prostu najbardziej opłacalne. My, jako odbiorcy tej publicznej rozgrywki, też stajemy się coraz bardziej chciwi. Pragniemy krwi, łez. Tak jesteśmy stworzeni - obserwowanie życia topowych artystów jest dla nas często ogłupiającą odskocznią od nudów szarej rzeczywistości.


Tylko, że nikt nam nie każe żyć w ten sposób.


Historia Kanyego Westa pokazuje, jak opiniotwórczy obraz kreują media i tabloidy. Jakie łatki nalepiają ludziom z pierwszych stron gazet, aby stały się one dla nas coraz bardziej niedostępne. Znacznie prościej jest pluć komuś jadem na plecy, niż prosto w twarz. Zwyczajnie brakuje nam odwagi.


zdjęcie: Rich Fury



Życzę mu zdrowia i spokoju, aby w końcu wypuścił nowy krążek. Bardzo na niego czekam.

A nam wszystkim życzę dużo czułości i odwagi. Szczególnie w 2020 roku.


86 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie