• Mika Olchowik

Złoty Graal jest pusty i zalatuje rdzą. O Grammy's

No witam Państwa.


Niestety, choć bardzo na to liczyłam, niewiele się zmieniło od ostatniego posta.

Pandemia wbrew obiegowej opinii koronasceptyków wciąż trwa, dalej nie posprzątałam w szafie, nominacje do Grammy’s jak co roku są czerstwe jak bułka z Żabki, która leży u nas na mikrofalówce od tygodnia.


Właśnie. O Grammy’s dzisiaj.

__________________________________________________________________________________


Z przyznawaniem jakichkolwiek nagród tak to już jest, że nigdy nie dogodzi się wszystkim. Zawsze istnieć będą malkontenci, którzy w mniej lub bardziej wysublimowany sposób wypowiedzą się na ten temat, a co bardziej gderliwi spuszczą internetowy łomot oponentom w sekcji komentarzy.

Prosty mechanizm – moja muzyka jest lepsza niż Twoja. I koniec tematu. Dołóżcie do tego jeszcze nieustający spór i nieudolne próby szufladkowania artystów wedle archaicznych norm gatunkowych i możecie nazwać się członkiem Recording Academy.



Shots fired – jedziemy.


Grammy’s co roku są taką płachtą na byka i wywołują masę kontrowersji – szczerze mówiąc, wcale się nie dziwię. Ich polityka od dłuższego czasu budzi wiele wątpliwości, a wywrotowe wybory odnośnie nominacji i zwycięzców statuetek odbijają się czkawką przez następnych kilka lat.



(MACKLEMORE wygrał z KENDRICKIEM LAMAREM.



KENDRICKIEM.


LAMAREM.)*


*Oczywiście mowa o Good Kid. Maad City, albumie Lamara, który przegrał w rywalizacji z The Heist Macklemore’a w 2014. Masakra.



Więc właśnie – jak to jest z tymi Grammy’s? No bo nie oszukujmy się – nie jest to żadne święto muzyki, spotkanie bohemy, artystyczny zryw. Nie ma nic złego w tym, jeśli artysta szturmem zdobywa listy przebojów, a jego/jej muzyka staje się emblematem mainstreamu, docierając do szerokich mas. Nie zawsze są to jakieś ochłapy, kawałki sklecone na kolanie. Ja jednak odnoszę się do jakości, kreatywności, kreacyjności – a ich brakuje mi w tych nominacjach. Jest jednak wielu artystów, którzy w swojej twórczości znakomicie wypełniają te postulaty – szkoda tylko, że dla wielu wciąż tkwią oni w podziemiu i światło wielkich nagród zwyczajnie do nich nie dociera.


Jak wygląda proces głosowania i nominowania do statuetki?


Zacznijmy od tego – kto głosuje? Ze świecą szukać konkretów i nazwisk, wiemy tylko, że w skład komisji wchodzą osoby związane z branżą: artyści, producenci, inżynierowie dźwięku, songwriterzy. Każdy z nich ma obowiązek zagłosowania w 4 głównych kategoriach (Album of the year, Song of the year, Record of the year oraz Best New Artist) oraz 15 pozostałych „w których czują się najbardziej wykwalifikowani”. Artyści, będący członkami Akademii mogą głosować nawet wtedy, kiedy sami są nominowani w którejś z kategorii (hehe).


No więc od początku – firmy, wytwórnie a także indywidualni (artyści, inżynierowie itd.) członkowie NARAS (National Academy of Recording Arts and Sciences) mogą zgłosić płytę/utwór do rywalizacji o Grammy’s. Wówczas specjalnie powołana komisja, składająca się z ponad 350 osób, sprawdza te zgłoszenia pod kątem poprawnego zakwalifikowania ich do wybranej z 84 kategorii. Następnie, po wstępnym pogrupowaniu, rozpoczyna się długi proces, który wyłonić ma szereg oficjalnych nominacji. Każdy członek komisji ma obowiązek zagłosować jedynie w kategoriach, w których jest ekspertem, mając do dyspozycji 15 głosów + 4 głosy na kategorie generalne. Ta zasada jakiś czas temu wywołała dość ożywioną dyskusję – artyści zarzucali Akademii, że w ich specjalistycznych niekiedy kategoriach wybór i decydujący głos mają laicy, którzy nie mają pojęcia o kwestiach technicznych danego gatunku. Dlatego Grammy poinformowało, że po generalnym głosowaniu, dodatkowy głos mają mieć specjalne komisje, składające się z ekspertów w danej dziedzinie. Na stronie Grammy można również obejrzeć infografikę, która dokładniej opisuje ten proces. Po ogłoszeniu nominacji – członkowie Akademii (już w okrojonym składzie) głosują na zwycięzców.


Rywalizacji o Grammy’s od wielu lat zarzucany jest rasizm, a także dyskryminacja kobiet oraz stosowanie podwójnych standardów. W 2020 roku Grammy’s zmieniło nazewnictwo wielu kategorii. Zniknęło pojęcie urban (np. Best Urban Contemporary Album, które zastąpiła kategoria Best Progressive R&B Album). Dlaczego? Tyler, The Creator, zeszłoroczny zwycięzca w kategorii Najlepszy album rap, na konferencji prasowej po gali dał upust swojej frustracji. Powiedział, że jako osoba czarnoskóra czuje, że jeśli ktokolwiek, kto wygląda jak on, łamie fasady gatunkowe i którego twórczość nie wpisuje się jednoznacznie w konkretny nurt, z zasady ląduje w kategorii urban, jako bezpiecznej mekce - bo ani to przecież pop, ani r&b. Przypomnijmy sobie chociażby sytuację, gdzie Beyonce i jej Lemonade wygrało właśnie w takiej urban kategorii, przegrywając za to rywalizację o Album Roku z Adele. Spotkało się to z bardzo nieprzychylną reakcją opinii publicznej, przekonanej w większości, że to właśnie jej dzieło powinno zdobyć ten najważniejszy złoty gramofon (z czym zresztą się zgadzam). Grammy wydało później oświadczenie, w którym wyjaśnia, że nie chce przyczyniać się do dalszego dystansowania i dzielenia ludzi przez kolor ich skóry czy pochodzenie. Pytanie – czy ta odświeżona nomenklatura coś zmieni?


Deborah Dugan była pierwszą kobietą stojącą na czele Akademii Grammy’s. Pożegnała się z firmą w dość głośny i kontrowersyjny sposób – zarzucono jej mobbing wobec jednego z pracowników. Ona za to odpowiedziała na to serią oskarżeń rzuconych bezpośrednio w stronę Akademii: nazwała Grammy’s zbyt męskimi, zbyt białymi, zbyt staroświeckimi i zbyt zaściankowymi. To nie jest pierwszy raz, kiedy kobieta jawnie sprzeciwia się ich polityce. Dajmy na to Lorde – nominowana w kategorii Album Roku w 2018, dostała propozycję występu na gali, jednak nie jako solistka. Pozostali nominowani w tej kategorii – sami mężczyźni – taką opcję mieli. Lorde mogła więc albo wziąć udział w grupowym występie-hołdzie Tomowi Petty’emu, albo nie wystąpić wcale. I wybrała to drugie. (Swoją drogą, to wtedy Bruno Mars wygrał z 4:44 Jaya-Z i DAMN. Kendricka. Nie mogłam się otrząsnąć przez tydzień.)


Rezolutny nowy (choć tymczasowy) dyrektor Recording Academy Harvey Mason Jr. udzielił niedawno wywiadu dla Vanity Fair – odniósł się między innymi do reakcji The Weeknd i twitterowej tyrady odnośnie braku nominacji dla jego najnowszej płyty After Hours. Publiczna emanacja swoją frustracją może wydać się dość megalomańska, jednak nie sposób się z nim nie zgodzić – krążek święci triumfy, singiel Blinding Lights nie znika z notowań list przebojów, a sam The Weeknd w swoich postach odnosi się raczej do generalnej korupcji w branży oraz poczucia głębokiej dyskryminacji osób czarnoskórych w rywalizacji o złoty gramofon.


Mason, który tymczasowym dyrektorem został dopiero 16 stycznia tego roku, miał na swoich barkach niełatwe zadanie. Wiadomo, branża rozrywkowa i artystyczna naprawdę kuleje, organizacja koncertu czy gali rozdania nagród jest w obecnym czasie niemałym wyzwaniem. Ogarnięcie całego procesu angażuje setki, jak nie tysiące ludzi, co jest dość karkołomną praktyką biorąc pod uwagę reżim sanitarny i panujące nowe zasady.


Machina Grammy’s jest nieporównywalnie większa i bardziej złożona niż jakichkolwiek innych nagród w branży muzycznej, co samo w sobie, z punktu widzenia procesu, budzi dużo pytań. Szczególnie jeśli chodzi o kwestie nominacji.


Mason, zdaje się, od stycznia opracowywał swoją nową mantrę, którą jest „poszukiwanie doskonałości” (to monitor excellence, let’s try and find excellence). Nie chcę wyjść na panią-marudę i niszczycielkę dobrej zabawy, ale jeśli nominacja dla utworu Yummy Justina Biebera jest w jego mniemaniu sukcesem i wypełnieniem tej samozwańczej misji… Możecie spodziewać się, co będzie dalej.


Dziennikarz zadając kolejne pytanie, zupełnie nieświadomie obnażył pewne kardynalne braki w organizacji. Staram się być wyrozumiała bo widzę, jakie spustoszenie w branży zaprowadziła pandemia, jednak w momencie, kiedy dyrektor tak wielkiego przedsięwzięcia mówi, że w finalnej komisji zasiadało coś koło 20 osób, które przesłuchały utwory, czasem nawet całe albumy i wybierały zwycięzców, to witki mi opadają i mam ochotę zrzucić sobie na głowę fortepian tylko po to, żeby nie czuć pokusy oglądania tego cyrku na koniec stycznia.


Przyjrzyjmy się tym najważniejszym kategoriom (nie wstawiam tutaj pełnej listy twórców, w tym producentów i songwriterów – wszystkie informacje znajdziecie na oficjalnej stronie Grammy’s.) Koroną oznaczam tych artystów, którzy według mnie zgarną tą statuetkę.


Spoiler - wyczuwam zdecydowany triumf kawałka Savage.



Myślę, że faktyczna bitwa stoczy się między Doja Cat, Duą Lipą i Megan Thee Stallion w duecie z Bey. Zakładam, że duże znaczenie będzie miała popularność i to, na ile viralowy stał się numer. Piosenki czterech wymienionych przeze mnie pań z automatu stały się nowymi trendami na Tik Toku – co w 2020 roku jest jednym z najważniejszych faktorów decydujących o nośności kawałka.


No, ale nie o tym tu mowa. Myślę, że o wpływie Tik Toka na branżę opowiemy sobie innym razem.


Wydaje mi się, że właśnie na tym polega problem z tą kategorią – Record of The Year = największy viral, szeroko eksploatowany numer, który każdy, nawet nieświadomie, słyszał i zna. Oczywiście, nie oznacza to, że zawsze są to jakieś muzyczne ochłapy – mainstream nie zawsze oznacza artystyczny rynsztok, i na to uczulam wszystkich słuchaczy. Ja przyznałabym tę nagrodę Doja Cat – jest bardzo wszechstronną artystką, Say So zdążyła zaprezentować w wielu różnych formach i odsłonach (w tym a’la metalowej – polecam!), sam numer jest nieźle napisany, chwytliwy. Słychać inspirację disco i funkiem z lat 70’, co według mnie, będzie coraz popularniejszym sznytem w muzyce rozrywkowej. W tym roku przeżywaliśmy muzyczne powroty do brzmień sprzed kilku dekad i myślę, że ta tendencja będzie kontynuowana w następnym.



Tutaj mocno bym polemizowała z tymi nominacjami. Gdzie jest The Weeknd? Halo? After Hours to naprawdę dobry krążek, o czym świadczy jego niebywała popularność. Abel zgrabnie balansuje między R&B i synth popem – znowuż często i gęsto ściele się inspiracja latami 80’ ale w nowoczesnym, rasowym stylu. Uwaga, spoiler – The Weeknd nie otrzymał w tym roku ŻADNEJ nominacji. Ani tutaj, ani w popie, ani w r&b. Absolutnie zgadzam się z opiniami, że jest to niesprawiedliwe i nietrafione. Nie chodzi nawet o gusta czy upodobania – chodzi o pewien obiektywizm i faktyczne nagrodzenie komercyjnego i artystycznego sukcesu, jaki udało się osiągnąć The Weeknd. Słabo, Grammy’s. Słabo.


Jak na moje, zapowiada się, że nagroda trafi do Folklore (to według mnie prawdopodobnie najlepsza płyta Taylor, nie zgadzam się jednak, żeby w porównaniu do innych albumów, była ona w jakiś sposób wybitna; nie lubię muzyki Taylor Swift, jednak jest duża szansa, że to do niej powędruje złoty gramofon) albo Future Nostalgia. Dua Lipa stworzyła dość przyjemny krążek, dlatego jeśli nagroda powędruje w jej ręce nie będę miała większych zarzutów. Widać, że Dua rozwinęła się muzycznie, pracowała dużo nad prezencją sceniczną i wykształceniem swojego własnego stylu wykonawczego. Ja jednak, gdybym miała zagłosować, z czystym sumieniem przyznałabym statuetkę HAIM. Dziewczyny robią kawał fajnej, rasowej muzy – polecam Wam odsłuch ich krążka.



Ta kategoria jest uhonorowaniem songwriterów, czyli osób, które skomponowały utwór – zarówno jego warstwę muzyczną, jak i tekstową. Wyjątkowo smutno mi w tym roku, biorąc pod uwagę, że to bliska mojemu sercu kategoria, a żaden z tych utworów nie wybija się jakoś specjalnie na tle pozostałych - żaden nie jest na tyle oryginalny czy charyzmatyczny, abym którykolwiek z nich przesłuchała świadomie więcej niż jeden raz. Nagroda powinna wpaść w ręce Beyoncé albo H.E.R., które poruszają ważne kulturowe tematy i odnoszą się do tradycji, a także trudnych doświadczeń czarnoskórych Amerykanów. Te dwa utwory szczerze mówiąc plasują się w czołówce tego zestawienia, a ja przyznałabym tę statuetkę Beyoncé. Nie zdziwi mnie ewentualna wygrana Billie Eilish – chociaż nie zgadzam się, aby był to najlepiej napisany utwór tego roku. Najbardziej prawdopodobnym zwycięzcą jest więc Don’t start now.


Brakuje mi tu eksperymentu, odwagi, zaczepnego tekstu. Łamania schematu zwrotka-bridge-refren, standardowych napięć i ich rozwiązań w kompozycji. Serio, zaczynam rozumieć artystów, którzy siedzą w podziemiu i świadomie omijają całą tę dyskusję.



Ta kategoria zawsze bardzo mnie śmieszy. Bardzo często lądują w niej artyści, który wcale nie są „nowi” i zwykle sprawnie funkcjonują na rynku muzycznym już od kilku lat. Rozumiem jednak (dzięki krótkiemu wyjaśnieniu na stronie Grammy’s), że chodzi tu o ludzi, którzy to w tym konkretnym roku faktycznie wpłynęli na wody mainstreamu i stali się międzynarodowymi gwiazdami za sprawą swoich oryginalnych dzieł.


No dobrze, to co tu robi Kaytranada, który od dość dawna nie jest już anonimowy na scenie? Jego album 99,9% z 2016 zebrał szereg nagród i zapewnił mu stabilną pozycję wśród popularnych producentów.


Wespół z nim nominowana Noah Cyrus też jest na językach już dobrych parę lat – trochę dzięki siostrze, trochę dzięki własnym poczynaniom. Niestety, wydaje mi się, że jej najbardziej znanym utworem jest ten, gdzie mruczy jestem na takim haju, że zobaczyłam Jezusa. No hit.


W tym wypadku statuetka zapewne trafi w ręce Doja Cat albo Megan Thee Stallion. Ingrid, Phoebe i Chika to nominacje raczej grzecznościowe, chociaż zasłużone. Wiecie, na zasadzie dobra, pokażmy im że znamy też piosenki, które nie są maltretowane na Tik Toku. No, może się zaskoczę, wiecie – dopuszczam do siebie myśl, że 2021 nie będzie aż tak traumatyczny jak 2020, ale wolę raczej nie mówić tego na głos i nie nastawiać się na nic, bo wywołam wilka z lasu i Noah Cyrus odbierze tę nagrodę. O, zgrozo!


Według mnie osobą, która pełnoprawnie zasługuje na miano BEST NEW ARTIST jest Rina Sawayama – japońsko-brytyjska popowa księżniczka. Album Sawayama jest stylowy, oryginalny. Łączy w sobie najlepsze popowe brzmienia, housowe rytmy, rockowe wtręty, a Rina zestawia mainstreamowy potencjał z introspektywnymi przemyśleniami, tworząc album wprost niebywały jak na longplayowy debiut. Szkoda, że jej tutaj nie ma. Wam polecam odsłuch krążka Sawayama – nie do końca moja bajka, wiadomo, ale obiektywnie - to świetna muza.


A teraz kategorie, które najbardziej mnie interesują – czyli rapowe. Zacieram paluchy.


Gdyby wybór spośród tych nominacji zależał ode mnie – nagrodę dałabym dla Deep Reverence. To zdecydowanie najlepszy numer spośród nominowanych. Nie zdziwię się, jeśli złoty gramofon poleci w ręce Megan albo Jacka Harlowa, jako że What’s Poppin świeci teraz jasną gwiazdą viralowych trendów na Tik Toku. Pośmiertna nominacja dla Pop Smoke’a również może zakończyć się statuetką, biorąc pod uwagę jak jego muzyka znakomicie radzi sobie wciąż na listach notowań.


JPEGMAFIA cały rok wypluwał niesamowite numery, Denzel Curry z Kenny'm Beatsem stworzyli epkę pełną fantastycznych utworów. Marzy mi się, żeby zostali oni kiedyś docenieni przez Akademię. Nie, żeby ta nagroda była w jakikolwiek sposób windująca czyjąś wartość – ale skoro istnieje, to chciałabym, aby nagradzani byli artyści, którzy wkładają w produkowanie swoich kawałków całe serce i traktują je jako nowe, artystyczne wyzwania. Poza tym – to byłaby naprawdę rewolucja w branży, gdyby statuetka poszła do kogoś, kto żyje i rozwija karierę poza tym wypachnionym, błyszczącym światkiem. Liczę na to. Zbyt rzadko to się zdarza.


Serce mi krwawi, bo uważam, że wyjątkowo smutno tutaj w tej kategorii. Według mnie najlepszym kawałkiem jest Lockdown Andersona .Paaka, ale najpewniej statuetka trafi do utworu The Box, który jest dość emblematycznym przykładem melodycznego rapu. Ciężko powiedzieć coś więcej na ten temat, ale muszę dodać, że Drake skończył się na Nothing Was The Same. Wszystko po tym krążku brzmi, według mnie, tak samo. Nudnie, generycznie. Ech.


Coraz gorzej. Czy to dlatego Denzel Curry tuż po ogłoszeniu nominacji powiedział, że ma dość rapu i dość poczucia bycia pominiętym i niedocenionym? Być może. Dajcie statuetkę dla Megan i Beyoncé, bo faktycznie to one zasługują na nią w tym roku (oczywiście z nominowanych). Z łatwością jednak wymienić można pełen arsenał numerów, które powinny z dumą nosić ten tytuł. Mimo to – Savage jest totalnym bangerem, a zrobiły go dwie silne babki, które za cel postawiły sobie wspieranie kobiet i dodawanie im otuchy oraz pewności siebie, co popieram w stu procentach. Dajcie to im, a ja sobie popłaczę w kącie przez chwilę, że nie ma tutaj kogoś bardziej wywrotowego i oryginalnego.



Bardzo cieszy mnie nominacja Freddie’go Gibbsa i The Alchemista, więc zdecydowanie w ich ręce ofiarowałabym złoty gramofon. Albumy Royce Da 5’9’’ czy Jay'a Electronica są obiektywnie niezłe muzycznie i tekstowo, jednak nie są według mnie na tyle charakterystyczne i ciekawe, aby pretendować do tej nagrody. Osobiście brakuje mi tutaj Denzela Curry i Kenny’ego Beatsa i ich UNLOCKED, które choć kategoryzowane jest jako EP-ka, wciąż mogłoby wziąć udział w tym konkursie (bazując np. na tym, że H.E.R. otrzymała statuetkę dla albumu r&b właśnie za taką formę). Fantastyczną robotę wykonali również Run The Jewels – ich tegoroczne RTJ4 absolutnie powinno znaleźć się w grupie nominowanych. Nie wspomnę już o Clipping. czy Blu & Exile – ich płyty, to jedne z ciekawszych rapowych wydawnictw tego roku. Poza tym - troszkę boli brak pośmiertnej nominacji dla Maca Millera za Circles. To naprawdę dobra płyta i nagroda (chociaż taka wątpliwej "jakości") mogłaby być pięknym hołdem dla jego twórczości. A, jak wiemy, Grammy lubi tego typu nagrody rozdawać.


Do kogo trafi statuetka? Ciężko powiedzieć, trzymam mocno kciuki za Freddiego, ale nie zdziwię się, jeśli gramofon pójdzie w ręce Nasa. Bardziej jako hołd jego twórczości i długoletniej karierze, ponieważ czy ten krążek jest lepszy niż jego pozostałe wydawnictwa? Eeeee… no NIE.


Nie będę analizowała wszystkich kategorii – raz, że post zamieni się wówczas w baaardzo długie czytadło, a dwa – nie czuję się ekspertką od wielu z nich, takich jak country czy reggae. Zachęcam Was jednak do podzielenia się Waszymi wrażeniami z nominacji – z czyjej cieszycie się najbardziej, albo kogo zabrakło Waszym zdaniem w gronie nominowanych?


Będziecie oglądać?

Ja pewnie tak. Mój coroczny, muzyczny masochizm.


W końcu potem musimy to wszystko przedyskutować. Myślę, że w formie podcastu!


_________________________________________________________________

Zdjęcie z okładki posta pochodzi z www.jazzforum.com.pl !

Odsyłam Was również do strony https://www.grammy.com oraz do niesławnego wywiadu w Vanity Fair: https://variety.com/2020/music/news/grammy-harvey-mason-weeknd-snub-show-1234839208/

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
  • Czarny Facebook Ikona
  • Czarny Instagram Ikona

KONTAKT| WSPÓŁPRACA

music.errordeluxe@gmail.com